2011/11/13

Jednokierunkowa...

Witajcie. To, co ostatnio dzieje się w moim małym kocim móżdżku, jest okropne. Niby wszystko jest dobrze (momentami nawet bardzo) - udaje mi się spotykać z najbliższymi mi osobami i podczas tych spotkań czuję się cudownie; mam super pracę, o której zawsze marzyłem i która okazała się wcale nie gorsza niż moje wcześniejsze wyobrażenia na jej temat; od kilku dni cieszę się również powrotem mojej weny i piszę piosenkę za piosenką; dziś (być może to zbawienne działanie kotów na bolące mięśnie - cała noc w towarzystwie Melody) obudziłem się bez bólu nogi, który dręczył mnie od dobrych dwóch tygodni. Podsumowując, powinienem się czuć wniebowzięty... Ale po kolei:

Długi weekend był piękny. W piątek od rana (no może nie było to do końca rano, ale zważywszy, że wróciłem do domu koło 2.30 i przez dobre pół godziny nie mogłem zasnąć, można wybaczyć mi to określenie) widziałem się z Ewą. Pojechaliśmy na Nowy Świat, gdyż znajduje się tam coffeeheaven, z którego w wygodny i dość szybki sposób można było pójść do Łazienek, które były głównym punktem programu. Ewa bardzo chciała zrobić zdjęcia jesieni, a ja tak stęskniłem się za spacerami po parkach, że nie można było nie wykorzystać tej okazji. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć (które wyszły ładniej niż park wyglądał w rzeczywistości), pochodziliśmy sobie i wpadliśmy na pomysł, by uwiecznianie naszych cieni w różnych miejscach stało się naszą nową, świecką tradycją. Zgodnie z nią, nasza kolekcja to już trzy piękne cieniste fotki. Po spacerze (a moment skończenia go wybraliśmy wręcz idealnie - przed samymi bezsensownymi zamieszkami w stolicy), pojechaliśmy do Ewy, gdzie zaczęliśmy oglądać razem Bleacha (znaczy ja zacząłem, bo dla Ewy to nic nowego). Anime jest po prostu świetne (a już zwłaszcza Orihime;) ), aż chce się je oglądać bez końca (obejrzeliśmy bodajże 14 odcinków) i już wstępnie umówiliśmy się na kolejny bleachowy maratonik;)

Wczoraj były imieniny mojej mamy. Przed zjechaniem się gości chciałem wstawić na bloga naprawdę ogromną notkę, jednak najpierw usunąłem ogromną większość tego, co napisałem [z przyczyn, których nie zdradzę], a następnie (ze względu na przyjazd gości) zrezygnowałem z publikacji. Powiem tylko, że miała to być jedna z najbardziej pesymistycznych notek, jakie kiedykolwiek stworzyłem (a trochę ich było, uwierzcie).  Na szczęście, w trakcie imprezy napiłem się wystarczająco dużo whiskey (a potem whisky), by mój humor znacząco się poprawił (kosztem wysokości lotów moich żartów, ale to nieważne), a potem było jeszcze lepiej.

Wieczorem byłem bowiem umówiony z Agatą i Maćkiem na całonocne spotkanie. Zaczęło się od tego, że wszedłem do mieszkania i w tym samym momencie uświadomiłem sobie, że miałem po drodze wstąpić do empiku i kupić grę planszową "Magia i Miecz". Jaka była reakcja Maćka, gdy o tym powiedziałem? Pewnie taka sama, jaka byłaby moja w identycznej sytuacji. Nie zastanawiając się długo, wyszliśmy i ruszyliśmy do empiku, by nadrobić zaległości (czy muszę dodawać, że przy okazji kupiłem kolejne dwie płyty do swojej kolekcji muzycznej?:P). Gra okazała się bardzo fajna i niemal identyczna pod względem zasad, jak jeden z naszych poprzednich nabytków - "Dragon's Ordeal". I tak jak przy okazji "smoka", nasze pierwsze próby grania nie dość, że trwały znacznie dłużej niż teoretyczny czas rozgrywki (bodajże 90 minut, przy naszych kilku godzinach), to jeszcze nie zostały zwieńczone niczyim zwycięstwem (znaczy się, oczywiście, wygrała Agata:D). W międzyczasie, zjedliśmy wspaniały indyjsko-meksykańsko-piknikowy (tak to brzmiało?:P) obiadek, a następnie (po stwierdzeniu, że odstawiamy "MiM") zaczęliśmy grać w "totem" w rejonie silnie zagrożonym reakcjami sejsmicznymi. Ostatecznie, doszło do jednego trzęsienia ziemi, a następnie zwycięstwa... Agaty, bo kogóż by innego?:P Niestety, chwilę po skończeniu gry, Maciek poszedł spać. Agata włączyła Top Gear, a ja zająłem się Melody;) Była wczoraj wspaniałym, chętnym do zabawy (i przy okazji skaczącym po śpiącym Maćku) kotkiem. Już około 3.30 dzień można było uznać za skończony (choć ja myślałem, że wszyscy będziemy spać już chwilę po północy:P)

Dzisiejszy dzień zaczął się na dobre koło 11 (o ile dobrze pamiętam) - wtedy to wszyscy wstaliśmy, zjedliśmy genialne śniadanie (naleśniki z syropem klonowym) i zaczęliśmy wyczekiwać przyjazdu Ewy (oczywiście moja kocio-kobieca intuicja mnie nie zawiodła - w momencie, gdy Maciek dzwonił do Ewy, ona wciąż była w łóżku:D). Gdy tylko zjawiła się, zaczęliśmy czteroosobowe testowanie "MiM"-a (tak jak poprzednio w trójkę - i tym razem nie skończyliśmy rozgrywki), przerzuciliśmy się za to na "totem" i tym razem zwycięzcą... zostałem ja;) a potem (a może jakoś pomiędzy) stwierdziliśmy, że należy wdrożyć plan zapoznawania Agaty ze światem gier RPG (za którymi tęsknię z całego serca). Jako, że uznałem "Wiedźmina" za najprostszą grę (zresztą, sam od niego zaczynałem), zaczęliśmy od niego. Jednak zanim zaczęliśmy tworzyć postacie, Agata stwierdziła, że jej alter-ego w erpegowym świecie to świecący w różnych kolorach, nieśmiertelny robaczek świętojański. Zaczęliśmy nawet grać we dwójkę w tak dziwnych realiach, ale za chwilę wróciliśmy do zasad Wiedźmina i jedyną osobą, której postać jest już w miarę gotowa, jest Maciek. Ja (ja!!!!! hahahahaha:D) mam być Mistrzem Gry, co może być dość ciekawe, bo nigdy mi to zbyt dobrze nie szło, a jednocześnie, niemal wszyscy zawsze chcieli, żebym to właśnie ja mistrzował... masochiści?:P Jako, że do Ewy miała wpaść koleżanka, już koło 18 wracaliśmy do domów. Ewa (korzystając ze swojej nieziemskiej wręcz perswazji), namówiła swojego tatę, aby po nią przyjechał. Skorzystałem z okazji i podjechałem z nimi do Dolinki, skąd zrobiłem sobie mały spacerek w deszczu... No właśnie...

Od tego momentu przestało być już fajnie. Znów pogrążyłem się w moich rozważaniach na temat wiecznej samotności. Ale ććććśśśśśśśśśś... ani słowa więcej - to ma być pozytywna notka. Pozytywna jak niemal cały ten weekend;) Więc na zakończenie powiem, że udało mi się już stworzyć kilka zdań do wspomnianej w poprzednim wpisie książki, którą obiecałem Agacie. I oczywiście, w miarę stały punkt programu, czyli kolejny utwór z concept albumu "Panentheism".

05. We Want More and More
(DoB: 2011/11/11)

<SPIRITS:>
Let's produce the demand
Let's make an oversupply
Sell eveything to them
And they will sell their souls

<I:>
How many goods on the shelves
How many things I can buy
This must be paradise
And it's there at the corner of the street
It's always there

<SPIRITS:>
Forecast the income!
Get it at any cost
Control their minds
And they will sell their souls

<I:>
I've been working hard and this is the reward
I can pick whatever I need
Even more!
FREE CHOICE EQUALS FREE LIFE!

<GOD:> {whispers}
open your eyes - open your mind...

<I:>
I don't need you media spirits!
I don't need the things I have!
I don't need this digital quasi-life!
I need to be free!
THIS IS MY FREE CHOICE!

2011/11/06

Niepięć

"Peliczaple stały smutcholijne i zbłąkinie rykoświstąkały (...)"

     Hei! Moglibyście pomyśleć, że teraz wrzucę panenteizmowy numer 5, ale nic z tego. I głównym powodem wcale nie jest to, że utwór ten jest "under construction", ale to że w międzyczasie napisałem tekst, który zapewne nie trafi na żaden z moich concept albumów, a który częściowo narodził się podczas mojego łazienkowego "posiedzenia". Zresztą, coraz częściej zdarza mi się improwizować tekst i melodię, gdy jestem w łazience. Tylko zazwyczaj gdy wychodzę, zapominam niedoszłe "arcydzieła". Tym razem (natchniony przez pierwsze od dłuższego czasu spotkanie z Agatą, która spytała, czy nagrałem coś ostatnio), poszedłem bezpośrednio do mojego "domowego studia" (jak ja kocham w ten sposób nazywać sypialnię rodziców!) i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów chwyciłem za gitarę. Muszę przyznać, że o ile nigdy nie byłem dobrym (ani nawet przeciętnym) gitarzystą, to po takiej przerwie gram jeszcze gorzej. Moim zamysłem było wymyślenie akordów do świeżo wymyślonej melodii, a następnie spisanie (i poprawienie) tekstu i nagranie całości. O ile dwa pierwsze zadania się udały, to niestety z trzeciego nic nie wyszło, gdyż zobaczyłem, że do zestawu "efektownych kostek gitarowych" brata doszedł reverb. Zafascynowany jego wcale-nie-najświeższym-już nabytkiem, nie mogłem się powstrzymać i zacząłem nagrywać swoją improwizację. Szczerze mówiąc, nie nazwałbym jej szczególnie (ani w żaden inny sposób) udaną, ale grało mi się super;)

     Dzisiejszy dzień minął mi za to bardzo szybko. Wszystko za sprawą bardzo udanego, drugiego ostatnimi czasy, spotkania z Agatą (a potem jeszcze z Maćkiem!). Nie mam pojęcia, w jaki sposób nam się to udało, ale tym razem nie pamiętam, żeby trafiła nam się chociaż chwila ciszy (nie licząc przerw na jedzenie:P). Gdy kończył się jeden temat, to zaraz zaczynał się drugi... A może cały dzisiejszy dzień był jednym, bardzo rozbudowanym tematem? Nieważne, grunt że od dziś na brzmienie słów "kebab", "falafel", "Płońsk", czy "fryzjer" mogę reagować inaczej niż standardowy człowiek. Bardzo inaczej.
     I jeszcze na dzisiejszy temat. Dostałem bojowe zadanie napisania "wesołej" (tak brzmiało to słowo?) książki, opisującej sen Agaty. Myślę, że w tej kwestii są trzy problemy (no, trzy i pół):
1. Nie widziałem tego snu (ale mam dość mocno rozbudowaną wyobraźnię, więc to ten najmniejszy kłopot);
2. Nawet z początkowego, wesołego nastroju może urodzić się jakaś zaraza, czy inna klątwa w tym pięknym, bajkowym świecie;
3. Ostatni wers prozą napisałem prawdopodobnie 19 maja jbr. (jeszcze-bieżącego roku), co może być największym problemem.
3,5. Wszystko, co mi przychodzi do głowy jest niebezpiecznie gaimanowskie...

Ale wróćmy do tzw. "adremu" (tak, ten żart bardzo się udał Prokopowi w ostatnim "Mam Talent"), tekst do utworu "Forgotten" powstał dlatego, że od dłuższego czasu (z krótkimi i bardzo nieregularnymi przerwami) czuję się bardzo niepotrzebny (zresztą stąd też nazwa bloga), bardzo niekochany i samotny. Ostateczna wersja została pozbawiona epicko-optymistycznego bridge'a, a w zamian dostała outro w obecnej formie.

"Forgotten"
(DoB: 2011/11/04)

i am gonna be forgotten
by the time and by the world
gonna be forgotten
like my dreams gathering dust
on the shelves of my mind

see... i am just a ghost to you
nothing more than a figure in your dream
when you open your eyes i just disappear
it no longer matters that it was different
a few months ago...


i am gonna be forgotten
by the time and by the world
gonna be forgotten
like my dreams gathering dust
on the shelves of my mind

see... i know that eveything must end
but it should just fade away in a moment
then it would hurt for a while and stop
see... this time it is different
i feel that this bond is slowly dying away
causing more pain every second of my life
but i'm not able to kill it outright...


i am gonna be forgotten
by the time and by the world
gonna be forgotten
like my dreams gathering dust
on the shelves of my mind

see... never did i know how to say what i feel
never did i know how to show my thoughts a way
so they could become words on their path
to your heart...
to your heart...
and now when my heart's still beating for you
it's easier to go away than to tell the truth

why do i always choose to suffer rather than try my luck?

i am gonna be forgotten
by the time and by the world
but it doesn't really matter
because i have already forgotten
whole the time and whole the world
IF ONLY I COULD FORGET YOU!

2011/11/04

Numer cztery

04. Corporate Cancer
(DoB:
2011/10/31)

<I:>
Cold and strong!
We have to be
Cold and strong!
Day by day

In this everlasting race
Rats've been set free
Now they run
Faster than light
Go and win!
Go and kill what's on your way!

<GOD:>
I feel the movement of the cells in my brain
Something strange came into my heart
Cancer's eating up my mind
What has happened on the planet Earth?
It's something new
The most evil thing I've ever felt

<I:>
Cold and strong!
And you'll survive
Cold and strong!
The only way...

Emotions are weakness
And so is mercy
You don't need love
You don't need friendship
Go and win!
Incinerate what's on your way!

Do you see the goal?
It's there - in this golden light
Go for it - you've been needing it ever since
It's the soil of your life
The top of the ladder, the end of the chain
Get to the highest point in the horizon
So they can see the goal
THEY WILL TAKE YOU DOWN!

Do you see the goal? Yes, you do...
Do you see the reason? 'Cause I don't...

2011/11/02

Numer trzy

A oto "trójeczka" z Panentheismu;)

03. God's Dilemma
(DoB: 2011/10/10)

<GOD:>
What should I do now?
A part of me is dying
It seems like the cells of my brain are fading away
This sickness is eating me up

Something strange is coming close
The blaze's gone from my eyes
How could I foresee the future
If my eyes went blind?

Used to be so good
I could see what was coming next
Day after day
Month after month
Year after year
Now my eyes are covered
With a crust of mud
Barely can I see what's going on now

<I:>
Look what we have done!
We're killing our god
We've acquired too much power

We're an irrensponsible species with nuclear weapons
And we love our new toys
We can blast our way through heavy doors
We can rule the whole world...

But is this THE way?

<GOD:>
Something strange is going on
The crust's gone from my eyes
Now I could foresee the future
But is it worth a try?