Moje życie straciło smak i w momencie, w którym to sobie
uświadomiłem, rzuciłem się pod rozpędzone metro. Miałem nadzieję, że umrę. I
tak właśnie się stało, choć zupełnie nie tego spodziewałem się po śmierci.
Nie wiem, jak to wyjaśnić komuś, kto wciąż żyje, ale spróbuję
zacząć od samego początku, Ukochana. Najpierw jest krótkotrwały, niesamowicie
oślepiający błysk w kolorze, którego nie jestem w stanie nawet opisać. W szkole
wmawiali mi, że każdą barwę można uzyskać, mieszając trzy podstawowe kolory:
czerwony, niebieski i żółty w odpowiednich proporcjach. Kłamali. Ten kolor był
czymś niesamowitym. Ja go nie widziałem - ja go czułem, absorbowałem całą
powierzchnią ciała. Był jak zorza polarna zmieszana z zauroczeniem brunetką z
kręconymi włosami.
A potem... sam nie wiem. Może... spróbuj wyobrazić sobie ogromny
ekran kinowy. Podziel go na setki. Nie. Nawet tysiące drobnych okienek. Ech,
gdy jesteś martwy, dokładność twoich szacunków jest ci zupełnie obojętna.
Liczby nie mają żadnego znaczenia. Teraz już nie. A, przepraszam, jeśli zdarzy
mi się dywagować. To normalne. Chyba.
Wróćmy zatem do ekranu. W każdym z okienek widzisz coś innego,
choć na początku większość pokazywała wnętrze mojego kościoła parafialnego, a
potem drogę do cmentarza komunalnego, potem i samą nekropolię i grabarza
zakopującego trumnę... z moim ciałem.
Paskudne uczucie - mówię Ci, Ukochana. Choć nie najgorsze,
jakiego doświadczyłem po zgonie.
Gdy już wszystkie ekrany zaczynają pokazywać zupełnie co innego,
dziwisz się, że nie masz problemów ze skupieniem się na poszczególnych
obrazach. Nie. Za chwilę wszystko wydaje ci się oczywiste jak to, że za życia
oddychasz. Oglądasz świat oczami swoich znajomych. Na początku zdaje ci się, że
wszystkich ludzi, których poznałeś za czasów swojej egzystencji. Najgorsza jest
jednak chwila, w której, tak jak ja, poznajesz prawdę. Ale o tym za chwilę.
Może dłuższą chwilę, a może po prostu o tym zapomnę - nie wiem. Czas również
nie ma żadnego znaczenia. Mam go teraz aż nadto, w przeciwieństwie do Ciebie,
Ukochana. Twój jest już starannie i dokładnie policzony.
Ach, przepraszam, znów mówię od rzeczy, a nie to jest istotne.
Pozwól mi, proszę, raz jeszcze wrócić do tematu. Obrazy widziane oczami
znajomych to dopiero początek. Za chwilę, oczywiście nie jestem w stanie
określić, jak długą, dochodzą do ciebie wszystkie dźwięki dobiegające z
otoczenia. Nie. Nie Twojego otoczenia, tylko ze wszystkich miejsc, w których
znajdują się ci, których zdążyłaś poznać.
Wyobrażasz sobie ten natłok dźwięków? Nie? W zasadzie, to
dobrze. Bo wcale nie ma takiego uczucia. Wszystko zdaje się naturalne.
Po dźwiękach czas na uczucia i wspomnienia. To bardzo trudna
chwila w nieżyciu. Czujesz każdą myśl dotyczącą siebie. Pół biedy, gdy chodzi o
dobre obrazy. Te, na samym początku, wręcz ogrzewają cię od środka. Zresztą, od
zewnątrz też. Ale nie jest to takie ciepło, którego możesz zaznać za życia.
Nie. To jest znacznie przyjemniejsze, porównywalne jedynie do długotrwałego
zakochania w rudej kobiecie o zielonych oczach. O ile ciepło można porównać do
uczucia. Uwierz, gdy umrzesz, pod tym względem też jest ci wszystko jedno.
Po pewnym czasie przyjemne wspomnienia stają się niewyobrażalnie
wzruszające, lecz przypominają ci, dlaczego warto było żyć i przez to budzą
tęsknotę za egzystencją.
Jeżeli chodzi o złe wspomnienia i myśli to... jest znacznie
gorzej. Kojarzysz, Ukochana, jak często mawiałaś, że coś wierci Ci dziurę w
sercu? Nie miałaś racji. Prawdziwe wiercenie poznasz dopiero po własnej
śmierci.
No i tu dobrnęliśmy do bardzo ważnej kwestii - czy po śmierci
traci się ciało? Cudowne pytanie z gatunku tych filozoficznych. Odpowiem,
przytaczając pewną historyjkę. Nie wiem, czy trafną. Nie wiem nawet, czy można
ją nazwać „historyjką”. Szczerze w to wątpię, lecz to ocenisz sama. Podobnie
jak to, czy zechcesz w nią uwierzyć..
Wyobraź sobie czasy prehistoryczne. I ludzi. O ile w ogóle
zasługiwali na to miano. Ich „marna egzystencja” zamykała się w ledwie kilku
czynnościach. W zasadzie, gdybyś oswoiła któregoś z nich, Ukochana, byłby
prawdopodobnie świetnym, choć dość niebezpiecznym zwierzątkiem domowym.
Stworzenia te mogłyby dla Ciebie polować, gotować, a po drobnym
przeszkoleniu może nawet prasować i prać. Miały spory potencjał. Fakt. Jednak
był pewien, dość istotny problem. W tamtych czasach wcale nie musiały i nie
czuły potrzeby, by go realizować.
Człowiek pierwotny działał wiedziony instynktem. Zero
kalkulacji, czy rozsądnego myślenia. Gdy był głodny, a pod ręką nie było
niczego do jedzenia, szedł coś ubić lub uzbierać. Jako stworzenie
wszystkożerne, nie był zbyt wybredny. Smak też za bardzo się nie liczył.
Liczyła się natomiast energia, która płynęła ze strawy.
Gdy człowiek prehistoryczny był śpiący, spał. Logiczne? Aż za
bardzo. Ale popatrz na siebie, Ukochana. Ile razy zdarzyło Ci się brać coś na
pobudzenie, żeby tylko zrobić coś mniej lub bardziej pilnego przed zaśnięciem?
Zbyt wiele, prawda?
A teraz najważniejsze. Wyobraź sobie, że człowieka pierwotnego
coś bardzo mocno zabolało. Co robił? Płakał lub krzyczał. A co robił, gdy coś
go bardzo zasmuciło? Również płakał lub krzyczał.
Pewnie zastanawiasz się teraz, po co ta cała historyjka. No
chyba, że jesteś bystrzejsza od dziewczyny, którą zapamiętałem. Nie obraź się,
Ukochana. Nie chciałem Cię urazić, po śmierci nie zastanawiasz się, czy twoja
wypowiedź jest taktowna. Po prostu mówisz.
Wniosek jest bardzo prosty. Podział człowieka na ciało i duszę,
mimo że piękny, liryczny i wzniosły, jest całkowicie bezsensowny, wydumany i
sztuczny. Nieważne, czy potrzeba pochodzi od jednego, czy drugiego
pseudo-tworu, trzeba ją zaspokoić, by poczuć się dobrze.
Powiesz zapewne, że to moje słowa są bez sensu. W końcu tyle lat
słyszałaś i przez to czułaś zupełnie co innego. A poza tym, uważasz zapewne, że
to, iż potrzeby cielesne i duchowe załatwia się w inny sposób, nie zgadza się
zupełnie z moją teorią.
Ja jednak spytam: „Czy każdą potrzebę cielesną zaspokajasz w ten
sam sposób? I czy nie da się przypadkiem zaspokoić potrzeby duchowej poprzez
ciało?” Oboje dobrze znamy odpowiedzi. Wspomnij chociażby to, co robiliśmy w
naszym łóżku, by przegonić wszelkie smutki niesione przez każdy kolejny nowy
dzień.
Widzisz zatem, mam nadzieję, że rację mam ja, a nie pisarze,
poeci, nauczyciele, katecheci, czy kapłani. Mogę więc kontynuować swoją
opowieść o życiu po śmierci. Przepraszam o „nieżyciu”.
Gdy już zaczniesz oglądać, słuchać i czuć świat za pomocą
znajomych, zauważasz jedną, na początku niezbyt istotną rzecz. Powolutku,
okienko za okienkiem gasną pojedyncze obrazy. Głos za głosem cichną pojedyncze
dźwięki. Uczucie za uczuciem wyparowują pojedyncze emocje.
W głowie słyszysz jedynie szum, widzisz jedną, wielką, czarną
plamę i czujesz pustkę emocjonalną. Nie. Wcale nie czujesz niczego - to byłoby
zbyt piękne. To jest typowa pustka, znacznie gorsza od nicości.
Ukochana, wyobraź sobie, że nagle zapominają o Tobie wszyscy.
Ale naprawdę wszyscy. Tak. Dosłownie. Nie masz nikogo, w kogo mogłabyś się
wtulić.
Pewnym, chwilowym pocieszeniem jest to, że za chwilę obraz
wraca. Ale nie w ten sposób, który Ci przed chwilą opisywałem. Nie. Wszystko
wraca do normy. Oglądasz, słyszysz i czujesz świat samodzielnie.
Przed oczami stają ci budynki pamiętające czasy starożytne,
ciemne zaułki sprzed stuleci, wymarłe zwierzęta, a także ludzie: Celtowie,
Wikingowie, Fenicjanie, czy Babilończycy. Widzisz też powtarzające się
cyklicznie wydarzenia, które mogły być ważne dla historii świata, a o których
nigdy się nie dowiedziałaś.
Zaczynasz zdawać sobie sprawę z tego, że trafiłaś do Krainy
Zapomnianych - miejsca, gdzie trafiają wszystkie osoby, zwierzęta, rośliny,
narzędzia, miejsca i zdarzenia, o których nikt już nie pamięta lub pamiętać nie
chce.
Nie zamierzam wypytywać Cię, Ukochana, dlaczego ja tu trafiłem.
Z jednego prostego powodu. Doskonale to wiem. Byłaś pierwszą osobą, która na
siłę chciała pozbyć się mnie ze swego umysłu. Nawet ksiądz, który odprawiał za
mnie mszę żałobną, wspominał mnie dłużej niż Ty, a widział mnie tylko podczas
wizyt „po kolędzie”.
Ty natomiast zapomnienia szukałaś w ramionach kilkunastu różnych
facetów. Ciekawi mnie jedynie, czy pamiętasz chociaż imiona każdego z nich. To
było bardzo niemiłe z Twojej strony, Ukochana. Zwłaszcza, że zapominać mnie w
ten sposób zaczęłaś jeszcze grubo przed moją śmiercią.
Zastanawiasz się teraz, czy mam Ci to za złe. Odpowiadam: „nie”.
Zwłaszcza, że to dzięki Tobie doznam reinkarnacji.
Tak! Wiem, że teraz o mnie myślisz, a to oznacza dwie rzeczy.
Dla mnie: powrót do Krainy Życia w zupełnie nowym ciele. Dla Ciebie,
Ukochana... śmierć i nieżycie w Krainie Zapomnianych. Zapewniam Cię, że już
teraz nikt nie pamięta Cię na tyle, byś utrzymała się w, bądź co bądź lepszym,
Stanie Zawieszenia. Tak. Tym z tysiącami ekraników.
Tam, gdzie trafisz, każda najmniejsza cząsteczka czasu będzie Ci
przypominać o tym, jak wiele straciłaś przez swoją niewierność i zło, które
wypełniało Twoje serce od urodzenia aż do zgonu. I nie licz na to, że
kiedykolwiek uda Ci się skontaktować z kimkolwiek żywym. Dla mnie zrobiono
jedyny w historii wyjątek.
Zatem... Żegnaj, Ukochana. Wspomnij mnie kiedyś podczas swej
bezsensownej tułaczki. Nie to, żeby coś Ci to miało dać, ale mnie przynajmniej
raz sprawisz prawdziwą przyjemność.
Życie, NADCHODZĘ!