2012/06/16

Powłoka pre


Tej nocy nie była sobą. Głęboko w sercu czuła, że tym razem wydarzy się coś niezwykłego – zapamięta ten Dzień Wszystkich Świętych na długo… Na całe życie. Nie mogła zasnąć – słyszała najróżniejsze dźwięki, to wysokie, to niskie, nie była jednak w stanie powiedzieć, skąd one dochodzą, ani jaki instrument mógłby je z siebie wydawać. Miarka przebrała się, gdy usłyszała dźwięk katarynki swojego ojca – tak, tę melodię, tę barwę zapamiętała bardzo dobrze. Wyobraziła sobie nawet, że słyszy delikatny głos swojej matki, wtórujący melodii wydobywającej się z idealnie zachowanego, zabytkowego instrumentu tak ukochanego przez jej rodziców. Wiedziała, że tym razem nie zmruży oka, więc powoli zsunęła z siebie kołdrę.
Zegar zaczął wybijać północ. Księżyc, którego blask zwykle nieśmiało wdzierał się przez okna i drzwi jej balkonu, zdawał się świecić nienaturalnie mocno i… fioletowo?  Był to jej ukochany, głęboki fiolet, który wyglądał wręcz majestatycznie na tle kruczoczarnego, nocnego nieba.
Anna, mimo swoich 23 lat, wciąż bała się wstawać z łóżka w środku nocy, przerażona możliwością istnienia rozmaitych podłóżkowych monstrów. Tym razem jednak, zamiast bać się nowozaobserwowanego zjawiska, natychmiast zeskoczyła na podłogę i, niemalże biegnąc, zbliżyła się do balkonu.
Takiego widoku nie spodziewała się ujrzeć nigdy, nawet w najśmielszych wyobrażeniach, czy filmach. Nie była nawet pewna, czy to, co widzi, dzieje się na jawie, czy jest jedynie oniryczną wizją – jedną z tych, które tak bardzo uwielbiała. Taką, która pozwalała jej na ucieczkę od realnego świata, od wszechogarniającej ją samotności, od ludzi którzy nie potrafili dostrzec strachu i niepewności pod jej pięknym uśmiechem. I od poczucia winy, które bardzo starannie w sobie pielęgnowała od dobrych dwóch miesięcy.
Fioletowy Księżyc lśnił na niebie w towarzystwie tysięcy różnokolorowych i świecących znacznie wyraźniej niż zwykle gwiazd. Anna lekko pchnęła drzwi balkonu, które z niespotykanym oporem ustąpiły i otworzyły się. Towarzyszył temu dźwięk dartej tkaniny, co powinno zdziwić dziewczynę, jednak jej umysł był za bardzo zajęty analizowaniem tego, co widzi, by skupić się na tak nieistotnym szczególe.
Wychodząc z pomieszczenia, Anna poczuła delikatny wiatr niosący ze sobą intensywny kwiatowy zapach. Wydawało jej się, że wyczuwa w powietrzu również delikatną, alkoholową nutę, ale możliwe, że było to tylko złudzenie wywołane natłokiem różnorakich impulsów zmysłowych. Mimowolnie zamknęła oczy, delektując się cudowną wonią.
Po chwili zapomnienia, ukazał się jej obraz jeszcze dziwniejszy niż przed chwilą. Zamiast swojej niewielkiej wioski widziała budynki jakby żywcem wyjęte z wczesnego Średniowiecza – drewniane chaty przykryte jedynie słomą, studnie. W samym centrum znajdował się okrągły placyk, wokół którego zgromadzili się… ludzie? Anna przeraziła się na widok mieszkańców wioski. Ludzkim ciałom towarzyszyły głowy różnych zwierząt. Wszystkie „kobiety” ubrane były w proste, białe suknie, a na głowach nosiły długie, czarne welony. W rękach trzymały wysokie na metr drewniane krzyże o lekko wygiętej ku górze poprzeczce. Na ubrania „mężczyzn” składały się jedynie czarne przepaski biodrowe, a każdy z nich trzymał pochodnie, na czubku których dumnie płonął ogień o zmieniającym się co chwilę kolorze. W związku z tym, placyk również wydawał się zmieniać barwę, co tylko potęgowało niepokój dziewczyny.
Nagle, raptem kilka metrów nad zebranymi ludźmi przeleciało stado białych ptaków o różnokolorowych główkach. Najpierw przeleciały ptaki czerwonogłowe, następnie błękitnogłowe, po nich zielonogłowe, a na końcu stadko złożone ze zwierząt o co najmniej kilkunastu innych barwach łebków. W oddali, prawdopodobnie już poza granicami wioski, dumnie kroczył czworonożny kolos o długości co najmniej dwudziestu kilku i wysokości kilkunastu metrów i nieproporcjonalnie małej główce wieńczącej pokaźną szyję.
- Dziewczyno! Jak ty się ubrałaś? – zachrypiał kobiecy głos, całkowicie wyrywając Annę z zamyślenia. – Święto Zmarłych powinno być obchodzone z należną czcią! Gdzieś ty się uchowała?
Anna odwróciła się w kierunku staruszki, dzierżącej w ręku miotłę.
- Przepraszam – odpowiedziała dziewczyna. – Ale chyba nic z tego nie rozumiem.
- Przybyszka! – wykrzyczała kobieta bardziej do siebie. – Nie musisz przepraszać, ani tym bardziej nic z tego rozumieć.
- Dzięku…
- Jeszcze nie musisz za nic dziękować – przerwała Annie. – Nic ode mnie nie otrzymałaś.
Dziewczyna nie wiedziała już, czy w ogóle powinna się odzywać.
- Nie bój się, przybyszko. Ze mną nic ci nie grozi. Siadaj! – powiedziała staruszka, wyciągając przed siebie miotłę. Anna, wiedziona strachem, dosiadła legendarnego wehikułu wiedźm.
Gdy tylko przysiadła się do niej „czarownica”, wzbiły się w zielonkawe chmury i popędziły przed siebie. Dziewczyna chciała się dowiedzieć jak najwięcej, jednak nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa, gdyż pęd powietrza sprawiał, że nawet oddychanie wydawało się jej trudne. Staruszka prawdopodobnie cieszyła się z zaistniałej sytuacji i chłonęła ostatnie chwile ciszy. Parę minut później, obie znajdowały się już na ziemi. Zaraz po lądowaniu na wydeptanej ścieżce u podnóża pagórka, Annie zakręciło się w głowie i przed upadkiem uchroniła ją tylko błyskawiczna reakcja starszej kobiety.
- Jestem Aveera, przybyszko. Możesz mi mówić po imieniu – wyglądam na starą, ale każdy ma tyle lat, na ile się czuje. W związku z tym jestem jeszcze nastolatką – zaśmiała się kobieta, chrypiąc jeszcze bardziej niż poprzednio.
Anna uśmiechnęła się z grzeczności.
- Gdzie jestem i co tu się dzieje? – spytała dziewczyna.
- Właśnie przyleciałyśmy pod Wzgórze Wilgi i, jak widzisz, nic się nie dzieje.
- W takim razie, gdzie byłyśmy przed chwilą i co tam się działo?
- Przed chwilą byłyśmy w Oliwie i widziałaś ludzi celebrujących Święto Zmarłych.
Anna zaczęła się zastanawiać, co zrobić, by kobieta była bardziej konkretna i udzielała odpowiedzi, które pozwoliłyby jej odnaleźć się w nowej i jakże dziwnej sytuacji, jednak nie wiedziała, jak tego dokonać. Ciszę przerwała po chwili staruszka:
- Anno, czy nie obchodzisz co roku podobnego święta?
- Tak, ale nie wygląda to tak jak tutaj. W ogóle, świat wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Przecież Oliwa, którą znam od zawsze jest inna!
- Nie, Anno. Tak ci się tylko wydaje. Święto Zmarłych obchodzimy co roku – tak było zawsze i tak pewnie już pozostanie. Raz do roku przylatuję do Oliwy, gdyż tam właśnie najbardziej czuć atmosferę tej uroczystości.
- Czy naprawdę tak było zawsze? – spytała nieśmiało nowopoznaną wiedźmę. – Czy w poprzednich latach również się widziałyśmy? Czy o tym spotkaniu również zapomnę?
- Tak, nie i nie, Anno – odpowiedziała krótko i konkretnie Aveera.
Po odczekaniu kilku sekund, Anna zrozumiała, że wiedźma nie miała zamiaru rozwijać swojej wypowiedzi.
- W takim razie… - zaczęła niepewnie dziewczyna. – Skoro mówisz, że istniejecie od zawsze, a raz do roku zbieracie się w Oliwie, jak to możliwe, że widzę was pierwszy raz? Przecież nie przeoczyłabym takiego zgromadzenia istot, których nie spotyka się przecież codziennie. Ani fioletowego księżyca, ani tym bardziej katarynki mojego ojca.
- Otwórz umysł, Anno – zaczęła staruszka. – Bez tego na pewno nie zrozumiesz tego, co się tutaj dzieje. Nie znajdujesz się obecnie w swoim wymiarze. Słyszałaś kiedyś o światach równoległych? – zaczekała chwilę, ale widząc, ze Anna nic nie rozumie, postanowiła zacząć tłumaczenie sytuacji od samego początku.
- Oprócz świata, który w miarę dobrze znasz, istnieje jeszcze drugi wymiar, Świadome tego stworzenia nazywają go „Kissa”, w przeciwieństwie do waszego, którego nazwa brzmi „Noka”. Niestety, przez całe stulecia, ludzie z twojego wymiaru coraz bardziej oddalali się od Kissy, a z czasem zaczęli zwalczać wszelkie przejawy przenikania się światów. Kulminacyjnym momentem, jak się zapewne domyślasz, były czasy Wielkiej Inkwizycji. Wtedy to, ludzi zajmujących się badaniem obu światów zgładzano. Ba, zabijano również tych, u których choćby podejrzewano zainteresowanie drugim światem. Ale nie o to pytałaś. Na co dzień, nie jesteś w stanie dostrzec Kissy, gdyż jest oddzielona od Noki Powłoką. Sama Powłoka nie ma stałej grubości i w czasie ważnych wydarzeń, można czasem zobaczyć, co znajduje się po drugiej stronie. Dzień Zmarłych należy oczywiście do tych wydarzeń, tak jak zaćmienia Słońca, Księżyca, czy rzadkie zjawiska astrologiczne jak koniunkcja planet. Jednak nawet najcieńszą barierę można przejść tylko w szczególnych wypadkach. Myślę, że w twoim życiu musiało wydarzyć się coś naprawdę strasznego, skoro przekroczyłaś Powłokę bez odprawienia żadnego Rytuału Przejścia.
Wiedźma przerwała na chwilę, by sprawdzić, czy choć część informacji jest zrozumiała dla przybyszki, po czym dodała:
- Pamiętaj, że to co tutaj widzisz, może na zawsze odmienić twoje postrzeganie świata, może również dokonać nieodwracalnych zmian w twojej psychice. Zastanów się, czy nie wolałabyś natychmiast wrócić do Noki, bo z każdą chwilą spędzoną tutaj, twoje szanse na udany powrót zmniejszają się.
Anna od pewnego czasu nie była w stanie powiedzieć ani słowa. Teraz zaczęła zastanawiać się nad znaczeniem słowa „udany” w kontekście jej powrotu do domu i spytała:
- A jak wygląda nieudany powrót?
- Anno, czy ty w ogóle słuchasz? Miałaś otworzyć umysł, a dalej nie dociera do ciebie żadne z moich słów! Powodzenia w dalszym szukaniu odpowiedzi – u mnie ich nie znajdziesz! – wykrzyczała Aveera i wzbiła się w powietrze, zostawiając za sobą smugę błękitnego dymu.
Anna zauważyła, że chwilę przed dziwnym zachowaniem wiedźmy, na jej czole pojawił się czerwony okrąg. Dziewczyna nie była w stanie zrozumieć, czemu Aveera tak nagle zmieniła swoje podejście do niej. Ale to zdziwienie i tak było niewielkie w porównaniu do tego, które wymalowało się na twarzy Anny, gdy spod ziemi zaczęło wyłaniać się coś niesamowitego. Najpierw w powietrze wystrzeliły mieniące się złotem i szkarłatem kamienie, a następnie z dziury wychynęła głowa podobna do kociej, choć o znacznie bardziej trójkątnym kształcie. Srebrno-błękitne oczy wpatrywały się w Annę jak w dziwne zjawisko, a chwilę potem z pyszczka stworzenia wydobył się przeszywający uszy pisk.
Dźwięk wwiercił się wprost w umysł dziewczyny, po czym zaczął brzmieć coraz niżej i niżej, aż przekształcił się w głos podobny ludzkiemu:
- A to ci dopiero! Przybyszka! Jak ja dawno takiej nie spotkałem. Niesamowite! – nie krył zdziwienia i zachwytu stwór. – Ale gdzie się podziały moje maniery? Na imię mi Voidslav Hrgot Siódmy, pan hrgoctwa Glampum i przyszły władca okręgu Vontal. Panienka pozwoli, ucałuję rączki.
Anna stała w osłupieniu, gdy jej twarzy ukazała się okazała sylwetka Voidslava. Niemal kociej, delikatnej twarzy towarzyszyło bowiem humanoidalne ciało, jednak umięśnienie stworzenia wydawało się wręcz nieprawdopodobne i zaskakująco widoczne, pomimo zarzuconych na hrgota szat, których nie powstydziliby się średniowieczni królowie. Voidslav poruszał się z nieodpowiadającą jego gabarytom gracją i jednym susem pokonał odległość dzielącą go od Anny, po czym upadł na oba kolana, uniósł nieznacznie dłoń dziewczyny i subtelnie ją ucałował.
- Jak brzmi godność panienki? Nie chciałbym się narzucać, ale myślę, że znajomość ze mną byłaby panience bardzo na rękę.
- Anna. Na imię mi Anna - przerwała Voidslavowi, nie zwracając uwagi na to, że z jego ust miał prawdopodobnie popłynąć kolejny potok słów. Doszła też do wniosku, że nie będzie uświadamiać hrgota, że określenie „panienka” nie do końca odpowiada stanowi faktycznemu.
- Anna… Wybornie, ostatnia przybyszka, z którą miałem do czynienia, również nazywała się Anna. A może Magda? Nie przypomnę sobie – w każdym razie jakoś podobnie. Róża? Tak! To była Róża! – wykrzyczał z rozbrajającym uśmiechem na ustach, po czym mówił dalej – Jak już mówiłem, powinno bardzo panience zależeć na znajomości ze mn…
- Dlaczego pan tak sądzi? – przerwała mu dziewczyna.
- Nieczęsto zdarza się, by przybyszka w pierwszym dniu pobytu za Powłoką potrafiła odnaleźć się w otaczającym ją świecie. A ja… No cóż, jestem najlepszym przewodnikiem, na jakiego mogła panienka trafić. Jako hrgot znam zarówno całą Powierzchnię, jak i Podziemia. Nie pomogę panience jedynie w Przestworzach, ale nie wydaje mi się, żeby panienka była w stanie tam się dostać, a przynajmniej z własnej woli. Nie, na pewno nie!
Anna zaczęła się zastanawiać, jak to możliwe, że Voidslav nie potrzebuje robić przerw na wdech i że ciągłe gadanie w ogóle go nie męczy.
- Co ma pan na myśli, mówiąc „z własnej woli”?
- Ach, pytania. Przybyszki zawsze tyle pytają. Ale panienka trafiła naprawdę dobrze. Voidslav znany jest wszystkim kissańskim stworzeniom ze swojej nieskończonej cierpliwości.
- W dalszym ciągu nie odpowiedział mi pan na pytanie – przerywanie hrgotowi zaczynało podobać się Annie coraz bardziej. Dziewczyna czuła się w nowym świecie nadzwyczaj pewna siebie.
- Mówiąc „z własnej woli”, miałem na myśli to, że jest panienka idealnym celem dla wszelkich latających stworzeń, które na pewno zechciałyby porwać panienkę i zatrzymać ją w Przestworzach tylko i wyłącznie po to, by zaspokoić własną próżność – uczucie, które tak bardzo nie przystoi stworzeniom podziemnym, a już szczególnie hrgotowi. I tu dobrze panienka trafiła – jestem w stanie obronić panienkę przed każdym, ale to każdym możliwym niebezpieczeństwem czającym się w Przestworzach. Nie na darmo nazywają mnie bowiem „Niezrównanym w walce.”
Rzeczywiście – zero próżności – pomyślała Anna, zabierając w końcu dłoń z uścisku mężczyzny. Zaczęła zastanawiać się, co powinna zrobić w tej dziwnej sytuacji, w której się znalazła. Z jednej strony, znajomość z kimkolwiek mogłaby przybliżyć jej mechanizmy rządzące Kissą. Z drugiej, powierzanie swojego losu zupełnie obcej i stanowczo zbyt rozgadanej osobie nie było w jej stylu. Z trzeciej, przez jej głowę właśnie przebiegła myśl o tym, że po prostu śni. Przypomniała sobie również, że ktoś powiedział jej kiedyś, że gdy zorientuje się, że śpi, będzie w stanie niemal dowolnie kształtować otaczającą ją oniryczną rzeczywistość i że na tym właśnie polega świadome śnienie. Anna doszła do wniosku, że byłoby to bardzo ciekawe doświadczenie, postanowiła więc skupić wszystkie swoje myśli na jednym punkcie i spróbować go zmienić.
Spojrzała na drzewo, które wyglądało jej na krzyżówkę dębu i wierzby płaczącej – miało wyjątkowo gruby i wyglądający na mocny pień, było bardzo rozłożyste, a jego gałęzie były wiotkie, niemalże sięgały ziemi i kołysały się wesoło na delikatnym wietrze. W normalnym świecie wyglądałoby zapewne strasznie – samotna roślina rosnąca na pagórku oświetlonym jedynie nienaturalnym światłem Księżyca. Tutaj wydawało się raczej piękną ozdobą równie pięknego krajobrazu.
Anna kilkukrotnie, szybko zamrugała oczami, poczuła, że jej czoło robi się gorące, a dłonie zaczynają lekko drżeć. W uszach usłyszała spotęgowany szum wiatru, po czym zorientowała się, że w ciągu ułamków sekundy drzewo zmieniło się w piękny kwiat, który w fioletowym świetle wydawał się krwiście czerwony. Dziewczyna była z siebie bardzo dumna – przypomniała sobie bowiem, że nie każdy jest w stanie kształtować senny świat, a jej właśnie udało się zmienić rzeczywistość. Było to o tyle dziwne, że już dawno zaniechała podjęcia próby świadomego śnienia – gdy była nastolatką było to jej wielkie marzenie, które, jak wiele innych, nie okazało się niezbędne do życia i w związku z tym – zapomniane.
W jednej chwili poczuła się słabo. Zaczęła ciężko oddychać, czuła też, że krew krąży w jej żyłach coraz szybciej, powodując nieznośny ból głowy. Zdawało jej się, że słyszy jeszcze ciągle gadającego Voidslava, jednak tak szybko i niespodziewanie jego głos pojawił się, tak samo teraz zniknął. Nim straciła przytomność, wydawało jej się, że słyszy słowo: „tkaczka.”
Więc to był tylko sen – pomyślała Anna, podnosząc się z zimnej i wilgotnej od deszczu podłogi balkonu. – A ja wróciłam do lunatykowania…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz