Tej nocy nie była sobą. Głęboko w sercu czuła, że tym razem wydarzy się
coś niezwykłego – zapamięta ten Dzień Wszystkich Świętych na długo… Na całe
życie. Nie mogła zasnąć – słyszała najróżniejsze dźwięki, to wysokie, to
niskie, nie była jednak w stanie powiedzieć, skąd one dochodzą, ani jaki
instrument mógłby je z siebie wydawać. Miarka przebrała się, gdy usłyszała
dźwięk katarynki swojego ojca – tak, tę melodię, tę barwę zapamiętała bardzo
dobrze. Wyobraziła sobie nawet, że słyszy delikatny głos swojej matki,
wtórujący melodii wydobywającej się z idealnie zachowanego, zabytkowego
instrumentu tak ukochanego przez jej rodziców. Wiedziała, że tym razem nie
zmruży oka, więc powoli zsunęła z siebie kołdrę.
Zegar zaczął wybijać północ. Księżyc, którego blask zwykle nieśmiało
wdzierał się przez okna i drzwi jej balkonu, zdawał się świecić nienaturalnie
mocno i… fioletowo? Był to jej ukochany,
głęboki fiolet, który wyglądał wręcz majestatycznie na tle kruczoczarnego,
nocnego nieba.
Anna, mimo swoich 23 lat, wciąż bała się wstawać z łóżka w środku nocy,
przerażona możliwością istnienia rozmaitych podłóżkowych monstrów. Tym razem
jednak, zamiast bać się nowozaobserwowanego zjawiska, natychmiast zeskoczyła na
podłogę i, niemalże biegnąc, zbliżyła się do balkonu.
Takiego widoku nie spodziewała się ujrzeć nigdy, nawet w najśmielszych
wyobrażeniach, czy filmach. Nie była nawet pewna, czy to, co widzi, dzieje się
na jawie, czy jest jedynie oniryczną wizją – jedną z tych, które tak bardzo
uwielbiała. Taką, która pozwalała jej na ucieczkę od realnego świata, od
wszechogarniającej ją samotności, od ludzi którzy nie potrafili dostrzec
strachu i niepewności pod jej pięknym uśmiechem. I od poczucia winy, które
bardzo starannie w sobie pielęgnowała od dobrych dwóch miesięcy.
Fioletowy Księżyc lśnił na niebie w towarzystwie tysięcy
różnokolorowych i świecących znacznie wyraźniej niż zwykle gwiazd. Anna lekko
pchnęła drzwi balkonu, które z niespotykanym oporem ustąpiły i otworzyły się.
Towarzyszył temu dźwięk dartej tkaniny, co powinno zdziwić dziewczynę, jednak
jej umysł był za bardzo zajęty analizowaniem tego, co widzi, by skupić się na
tak nieistotnym szczególe.
Wychodząc z pomieszczenia, Anna poczuła delikatny wiatr niosący ze sobą
intensywny kwiatowy zapach. Wydawało jej się, że wyczuwa w powietrzu również
delikatną, alkoholową nutę, ale możliwe, że było to tylko złudzenie wywołane
natłokiem różnorakich impulsów zmysłowych. Mimowolnie zamknęła oczy, delektując
się cudowną wonią.
Po chwili zapomnienia, ukazał się jej obraz jeszcze dziwniejszy niż
przed chwilą. Zamiast swojej niewielkiej wioski widziała budynki jakby żywcem
wyjęte z wczesnego Średniowiecza – drewniane chaty przykryte jedynie słomą,
studnie. W samym centrum znajdował się okrągły placyk, wokół którego
zgromadzili się… ludzie? Anna przeraziła się na widok mieszkańców wioski.
Ludzkim ciałom towarzyszyły głowy różnych zwierząt. Wszystkie „kobiety” ubrane
były w proste, białe suknie, a na głowach nosiły długie, czarne welony. W
rękach trzymały wysokie na metr drewniane krzyże o lekko wygiętej ku górze
poprzeczce. Na ubrania „mężczyzn” składały się jedynie czarne przepaski
biodrowe, a każdy z nich trzymał pochodnie, na czubku których dumnie płonął
ogień o zmieniającym się co chwilę kolorze. W związku z tym, placyk również
wydawał się zmieniać barwę, co tylko potęgowało niepokój dziewczyny.
Nagle, raptem kilka metrów nad zebranymi ludźmi przeleciało stado
białych ptaków o różnokolorowych główkach. Najpierw przeleciały ptaki
czerwonogłowe, następnie błękitnogłowe, po nich zielonogłowe, a na końcu stadko
złożone ze zwierząt o co najmniej kilkunastu innych barwach łebków. W oddali,
prawdopodobnie już poza granicami wioski, dumnie kroczył czworonożny kolos o
długości co najmniej dwudziestu kilku i wysokości kilkunastu metrów i
nieproporcjonalnie małej główce wieńczącej pokaźną szyję.
- Dziewczyno! Jak ty się ubrałaś? – zachrypiał kobiecy głos, całkowicie
wyrywając Annę z zamyślenia. – Święto Zmarłych powinno być obchodzone z należną
czcią! Gdzieś ty się uchowała?
Anna odwróciła się w kierunku staruszki, dzierżącej w ręku miotłę.
- Przepraszam – odpowiedziała dziewczyna. – Ale chyba nic z tego nie
rozumiem.
- Przybyszka! – wykrzyczała kobieta bardziej do siebie. – Nie musisz
przepraszać, ani tym bardziej nic z tego rozumieć.
- Dzięku…
- Jeszcze nie musisz za nic dziękować – przerwała Annie. – Nic ode mnie
nie otrzymałaś.
Dziewczyna nie wiedziała już, czy w ogóle powinna się odzywać.
- Nie bój się, przybyszko. Ze mną nic ci nie grozi. Siadaj! –
powiedziała staruszka, wyciągając przed siebie miotłę. Anna, wiedziona
strachem, dosiadła legendarnego wehikułu wiedźm.
Gdy tylko przysiadła się do niej „czarownica”, wzbiły się w zielonkawe
chmury i popędziły przed siebie. Dziewczyna chciała się dowiedzieć jak
najwięcej, jednak nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa, gdyż pęd
powietrza sprawiał, że nawet oddychanie wydawało się jej trudne. Staruszka prawdopodobnie
cieszyła się z zaistniałej sytuacji i chłonęła ostatnie chwile ciszy. Parę
minut później, obie znajdowały się już na ziemi. Zaraz po lądowaniu na wydeptanej
ścieżce u podnóża pagórka, Annie zakręciło się w głowie i przed upadkiem
uchroniła ją tylko błyskawiczna reakcja starszej kobiety.
- Jestem Aveera, przybyszko. Możesz mi mówić po imieniu – wyglądam na
starą, ale każdy ma tyle lat, na ile się czuje. W związku z tym jestem jeszcze
nastolatką – zaśmiała się kobieta, chrypiąc jeszcze bardziej niż poprzednio.
Anna uśmiechnęła się z grzeczności.
- Gdzie jestem i co tu się dzieje? – spytała dziewczyna.
- Właśnie przyleciałyśmy pod Wzgórze Wilgi i, jak widzisz, nic się nie
dzieje.
- W takim razie, gdzie byłyśmy przed chwilą i co tam się działo?
- Przed chwilą byłyśmy w Oliwie i widziałaś ludzi celebrujących Święto
Zmarłych.
Anna zaczęła się zastanawiać, co zrobić, by kobieta była bardziej
konkretna i udzielała odpowiedzi, które pozwoliłyby jej odnaleźć się w nowej i
jakże dziwnej sytuacji, jednak nie wiedziała, jak tego dokonać. Ciszę przerwała
po chwili staruszka:
- Anno, czy nie obchodzisz co roku podobnego święta?
- Tak, ale nie wygląda to tak jak tutaj. W ogóle, świat wygląda
zupełnie inaczej niż zwykle. Przecież Oliwa, którą znam od zawsze jest inna!
- Nie, Anno. Tak ci się tylko wydaje. Święto Zmarłych obchodzimy co
roku – tak było zawsze i tak pewnie już pozostanie. Raz do roku przylatuję do
Oliwy, gdyż tam właśnie najbardziej czuć atmosferę tej uroczystości.
- Czy naprawdę tak było zawsze? – spytała nieśmiało nowopoznaną
wiedźmę. – Czy w poprzednich latach również się widziałyśmy? Czy o tym
spotkaniu również zapomnę?
- Tak, nie i nie, Anno – odpowiedziała krótko i konkretnie Aveera.
Po odczekaniu kilku sekund, Anna zrozumiała, że wiedźma nie miała
zamiaru rozwijać swojej wypowiedzi.
- W takim razie… - zaczęła niepewnie dziewczyna. – Skoro mówisz, że
istniejecie od zawsze, a raz do roku zbieracie się w Oliwie, jak to możliwe, że
widzę was pierwszy raz? Przecież nie przeoczyłabym takiego zgromadzenia istot,
których nie spotyka się przecież codziennie. Ani fioletowego księżyca, ani tym
bardziej katarynki mojego ojca.
- Otwórz umysł, Anno – zaczęła staruszka. – Bez tego na pewno nie
zrozumiesz tego, co się tutaj dzieje. Nie znajdujesz się obecnie w swoim
wymiarze. Słyszałaś kiedyś o światach równoległych? – zaczekała chwilę, ale
widząc, ze Anna nic nie rozumie, postanowiła zacząć tłumaczenie sytuacji od
samego początku.
- Oprócz świata, który w miarę dobrze znasz, istnieje jeszcze drugi
wymiar, Świadome tego stworzenia nazywają go „Kissa”, w przeciwieństwie do
waszego, którego nazwa brzmi „Noka”. Niestety, przez całe stulecia, ludzie z
twojego wymiaru coraz bardziej oddalali się od Kissy, a z czasem zaczęli
zwalczać wszelkie przejawy przenikania się światów. Kulminacyjnym momentem, jak
się zapewne domyślasz, były czasy Wielkiej Inkwizycji. Wtedy to, ludzi
zajmujących się badaniem obu światów zgładzano. Ba, zabijano również tych, u
których choćby podejrzewano zainteresowanie drugim światem. Ale nie o to
pytałaś. Na co dzień, nie jesteś w stanie dostrzec Kissy, gdyż jest oddzielona
od Noki Powłoką. Sama Powłoka nie ma stałej grubości i w czasie ważnych
wydarzeń, można czasem zobaczyć, co znajduje się po drugiej stronie. Dzień
Zmarłych należy oczywiście do tych wydarzeń, tak jak zaćmienia Słońca,
Księżyca, czy rzadkie zjawiska astrologiczne jak koniunkcja planet. Jednak
nawet najcieńszą barierę można przejść tylko w szczególnych wypadkach. Myślę,
że w twoim życiu musiało wydarzyć się coś naprawdę strasznego, skoro
przekroczyłaś Powłokę bez odprawienia żadnego Rytuału Przejścia.
Wiedźma przerwała na chwilę, by sprawdzić, czy choć część informacji
jest zrozumiała dla przybyszki, po czym dodała:
- Pamiętaj, że to co tutaj widzisz, może na zawsze odmienić twoje
postrzeganie świata, może również dokonać nieodwracalnych zmian w twojej
psychice. Zastanów się, czy nie wolałabyś natychmiast wrócić do Noki, bo z
każdą chwilą spędzoną tutaj, twoje szanse na udany powrót zmniejszają się.
Anna od pewnego czasu nie była w stanie powiedzieć ani słowa. Teraz
zaczęła zastanawiać się nad znaczeniem słowa „udany” w kontekście jej powrotu
do domu i spytała:
- A jak wygląda nieudany powrót?
- Anno, czy ty w ogóle słuchasz? Miałaś otworzyć umysł, a dalej nie
dociera do ciebie żadne z moich słów! Powodzenia w dalszym szukaniu odpowiedzi
– u mnie ich nie znajdziesz! – wykrzyczała Aveera i wzbiła się w powietrze,
zostawiając za sobą smugę błękitnego dymu.
Anna zauważyła, że chwilę przed dziwnym zachowaniem wiedźmy, na jej
czole pojawił się czerwony okrąg. Dziewczyna nie była w stanie zrozumieć, czemu
Aveera tak nagle zmieniła swoje podejście do niej. Ale to zdziwienie i tak było
niewielkie w porównaniu do tego, które wymalowało się na twarzy Anny, gdy spod
ziemi zaczęło wyłaniać się coś niesamowitego. Najpierw w powietrze wystrzeliły
mieniące się złotem i szkarłatem kamienie, a następnie z dziury wychynęła głowa
podobna do kociej, choć o znacznie bardziej trójkątnym kształcie.
Srebrno-błękitne oczy wpatrywały się w Annę jak w dziwne zjawisko, a chwilę
potem z pyszczka stworzenia wydobył się przeszywający uszy pisk.
Dźwięk wwiercił się wprost w umysł dziewczyny, po czym zaczął brzmieć
coraz niżej i niżej, aż przekształcił się w głos podobny ludzkiemu:
- A to ci dopiero! Przybyszka! Jak ja dawno takiej nie spotkałem.
Niesamowite! – nie krył zdziwienia i zachwytu stwór. – Ale gdzie się podziały
moje maniery? Na imię mi Voidslav Hrgot Siódmy, pan hrgoctwa Glampum i przyszły
władca okręgu Vontal. Panienka pozwoli, ucałuję rączki.
Anna stała w osłupieniu, gdy jej twarzy ukazała się okazała sylwetka
Voidslava. Niemal kociej, delikatnej twarzy towarzyszyło bowiem humanoidalne
ciało, jednak umięśnienie stworzenia wydawało się wręcz nieprawdopodobne i
zaskakująco widoczne, pomimo zarzuconych na hrgota szat, których nie
powstydziliby się średniowieczni królowie. Voidslav poruszał się z
nieodpowiadającą jego gabarytom gracją i jednym susem pokonał odległość
dzielącą go od Anny, po czym upadł na oba kolana, uniósł nieznacznie dłoń
dziewczyny i subtelnie ją ucałował.
- Jak brzmi godność panienki? Nie chciałbym się narzucać, ale myślę, że
znajomość ze mną byłaby panience bardzo na rękę.
- Anna. Na imię mi Anna - przerwała Voidslavowi, nie zwracając uwagi na
to, że z jego ust miał prawdopodobnie popłynąć kolejny potok słów. Doszła też
do wniosku, że nie będzie uświadamiać hrgota, że określenie „panienka” nie do
końca odpowiada stanowi faktycznemu.
- Anna… Wybornie, ostatnia przybyszka, z którą miałem do czynienia,
również nazywała się Anna. A może Magda? Nie przypomnę sobie – w każdym razie
jakoś podobnie. Róża? Tak! To była Róża! – wykrzyczał z rozbrajającym uśmiechem
na ustach, po czym mówił dalej – Jak już mówiłem, powinno bardzo panience
zależeć na znajomości ze mn…
- Dlaczego pan tak sądzi? – przerwała mu dziewczyna.
- Nieczęsto zdarza się, by przybyszka w pierwszym dniu pobytu za
Powłoką potrafiła odnaleźć się w otaczającym ją świecie. A ja… No cóż, jestem
najlepszym przewodnikiem, na jakiego mogła panienka trafić. Jako hrgot znam
zarówno całą Powierzchnię, jak i Podziemia. Nie pomogę panience jedynie w
Przestworzach, ale nie wydaje mi się, żeby panienka była w stanie tam się dostać,
a przynajmniej z własnej woli. Nie, na pewno nie!
Anna zaczęła się zastanawiać, jak to możliwe, że Voidslav nie
potrzebuje robić przerw na wdech i że ciągłe gadanie w ogóle go nie męczy.
- Co ma pan na myśli, mówiąc „z własnej woli”?
- Ach, pytania. Przybyszki zawsze tyle pytają. Ale panienka trafiła
naprawdę dobrze. Voidslav znany jest wszystkim kissańskim stworzeniom ze swojej
nieskończonej cierpliwości.
- W dalszym ciągu nie odpowiedział mi pan na pytanie – przerywanie
hrgotowi zaczynało podobać się Annie coraz bardziej. Dziewczyna czuła się w
nowym świecie nadzwyczaj pewna siebie.
- Mówiąc „z własnej woli”, miałem na myśli to, że jest panienka
idealnym celem dla wszelkich latających stworzeń, które na pewno zechciałyby
porwać panienkę i zatrzymać ją w Przestworzach tylko i wyłącznie po to, by
zaspokoić własną próżność – uczucie, które tak bardzo nie przystoi stworzeniom
podziemnym, a już szczególnie hrgotowi. I tu dobrze panienka trafiła – jestem w
stanie obronić panienkę przed każdym, ale to każdym możliwym niebezpieczeństwem
czającym się w Przestworzach. Nie na darmo nazywają mnie bowiem „Niezrównanym w
walce.”
Rzeczywiście – zero próżności
– pomyślała Anna, zabierając w końcu dłoń z uścisku mężczyzny. Zaczęła
zastanawiać się, co powinna zrobić w tej dziwnej sytuacji, w której się
znalazła. Z jednej strony, znajomość z kimkolwiek mogłaby przybliżyć jej
mechanizmy rządzące Kissą. Z drugiej, powierzanie swojego losu zupełnie obcej i
stanowczo zbyt rozgadanej osobie nie było w jej stylu. Z trzeciej, przez jej
głowę właśnie przebiegła myśl o tym, że po prostu śni. Przypomniała sobie
również, że ktoś powiedział jej kiedyś, że gdy zorientuje się, że śpi, będzie w
stanie niemal dowolnie kształtować otaczającą ją oniryczną rzeczywistość i że
na tym właśnie polega świadome śnienie. Anna doszła do wniosku, że byłoby to
bardzo ciekawe doświadczenie, postanowiła więc skupić wszystkie swoje myśli na
jednym punkcie i spróbować go zmienić.
Spojrzała na drzewo, które wyglądało jej na krzyżówkę dębu i wierzby
płaczącej – miało wyjątkowo gruby i wyglądający na mocny pień, było bardzo
rozłożyste, a jego gałęzie były wiotkie, niemalże sięgały ziemi i kołysały się
wesoło na delikatnym wietrze. W normalnym świecie wyglądałoby zapewne strasznie
– samotna roślina rosnąca na pagórku oświetlonym jedynie nienaturalnym światłem
Księżyca. Tutaj wydawało się raczej piękną ozdobą równie pięknego krajobrazu.
Anna kilkukrotnie, szybko zamrugała oczami, poczuła, że jej czoło robi
się gorące, a dłonie zaczynają lekko drżeć. W uszach usłyszała spotęgowany szum
wiatru, po czym zorientowała się, że w ciągu ułamków sekundy drzewo zmieniło
się w piękny kwiat, który w fioletowym świetle wydawał się krwiście czerwony.
Dziewczyna była z siebie bardzo dumna – przypomniała sobie bowiem, że nie każdy
jest w stanie kształtować senny świat, a jej właśnie udało się zmienić
rzeczywistość. Było to o tyle dziwne, że już dawno zaniechała podjęcia próby
świadomego śnienia – gdy była nastolatką było to jej wielkie marzenie, które,
jak wiele innych, nie okazało się niezbędne do życia i w związku z tym –
zapomniane.
W jednej chwili poczuła się słabo. Zaczęła ciężko oddychać, czuła też,
że krew krąży w jej żyłach coraz szybciej, powodując nieznośny ból głowy.
Zdawało jej się, że słyszy jeszcze ciągle gadającego Voidslava, jednak tak
szybko i niespodziewanie jego głos pojawił się, tak samo teraz zniknął. Nim
straciła przytomność, wydawało jej się, że słyszy słowo: „tkaczka.”
Więc to był tylko sen –
pomyślała Anna, podnosząc się z zimnej i wilgotnej od deszczu podłogi balkonu.
– A ja wróciłam do lunatykowania…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz